Więc... wróciłam. Ha. Tyle, że nie takie: ha.
Ani nawet ha, ha, ha.
Bo byłam o krok pójścia dzisiaj do szkoły, ale na szczęście się nie udało. Buahahaha. No więc właśnie to jest to ha.
...
Ale nadal czuję się podle. Wróciłam wczoraj o pierwszej w nocy i co? Kompletnie wykończona, zmarnowana i schorowana i nawet nie opalona. Byłam dosłownie o włos od śmierci. Ale zły los może się cieszyć, bo jutro mam na
8:00
Właśnie, 8:00.
I nic nie jestem w stanie zrobić, bo jutro pójdę i umrę na miejscu. To będzie mój koniec.
W Meksyku było w porządku. Tylko, że każdy normalny człowiek nie powiedziałby, że było "w porządku", tylko genialnie albo jeszcze lepiej. No, ale ja tam zachorowałam. Dwa razy na zatrucie pokarmowe. Nie wiem czym, chyba powietrzem, ale zachorowałam. I się nie opaliłam, bo musiałam siedzieć w pokoju modląc się, żeby przeżyć i jakoś wrócić do domu i nie poczuć się tylko gorzej w samolocie.
(aha, lot trwał 9 godzin, a potem 9 czekałam na lotnisku w Amsterdamie na samolot do Warszawy, a potem 2 leciałam i 3 jechałam do domu).
No więc wogóle się nie opaliłam, nie wiem, dlaczego chorowałam i szczerze mówiąc, to tam nawet padało. Co wcale nie zmienia faktu, że w Meksyku było fajnie, tylko miałam że tak powiem przejścia.
"Przejścia". Dobre.
Nie, nie próbuję być ironiczna. Tylko nad sobą płaczę, bo zmiana czasu zrobiła ze mnie roślinę.
Chociaż no dobra, trochę się opaliłam. Taka blada nie jestem.
Ale jednak. Nie trzeba było mi tak zazdrościć, chociaż samego faktu bycia można było. Ja też się cieszę, bo było naprawdę ciepło i słonecznie. I był piasek. Ale żadnych przystojnych animatorów, niestety...
Idę przygotować się psychicznie na jutro.
*zgon*